Kategorie
Mikroopowiadania

Szwajcarska kasa samoobsługowa

Myśl o tym, że najbardziej przerażająca w życiu jest samotność, która towarzyszyła pani Zimmerli każdego dnia, zastąpiła inna. Najbardziej przerażająca jest niepewność jutra. Tę myśl czuła teraz, gdy skanowała kolejne produkty płynące do niej nieprzerwanym strumieniem po ruchomej taśmie sklepowej. Poczuła ją, po raz pierwszy, kilka tygodni wcześniej, gdy personel techniczny wymontował jedną z trzech obsługiwanych przez pracowników sklepu kas i zastąpił ją potężną samoobsługową maszyną z wielkim ciekłokrystalicznym ekranem i otworami na karty kredytowe, monety i banknoty. Z pierwszym uruchomieniem pomalowanej w barwy firmowe maszyny zrozumiała, że któraś z nich, pracownic sieci sklepów spożywczych, została właśnie oznaczona niewidzialną plakietką „do zwolnienia”. To była kwestia czasu.

Maszyna zaczęła zdobywać popularność wśród kupujących, a ona czuła, jak kable wbijają się mocno w krwiobieg jej małego miejsca na Ziemi. Czytała o postępującej automatyzacji, ale nigdy nie myślała, że ewolucja dotrze do jej małej, ledwie kilkutysięcznej szwajcarskiej wioski tak szybko. Maszyna przetwarzała nie tylko kolejne kody kreskowe skanowanych produktów, ona przetwarzała stabilną, przewidywalną i konserwatywną względem nowinek technologicznych Szwajcarię, jaką znała od lat. A Szwajcaria patrzyła jedynie bezradnie i dawała wyrywać swój analogowy fragment rzeczywistości, by przemielić go w zerojedynkowy, zunifikowany byt, który nigdy nie odezwie się do klienta „grüezi”, „Supercard bitte” lub „schönes Tagli, frau Zimmerli”.

Do emerytury pozostał jej zaledwie rok. Pomyślała więc, że nie ma nic do stracenia, ale przynajmniej spróbuje zrobić to dla młodych, przed którymi życie sklepowej ekspedientki czy ekspedienta zamiast stawać otworem, nagle zaczęło przypominać wciągającą ich w nicość czarną dziurę. Napisała do centrali i postanowiła rzucić wyzwanie maszynie i całej tej technologicznej rewolucji.

Zegar wiszący nad wejściem do sklepu wskazywał godzinę dziewiętnastą, a więc skanowała już nieustannie od niemal dwunastu godzin. To była rękawica rzucona maszynie. Nie tylko rywalizacja na szybkość nabijania kolejnych produktów na kasę, ale także dowód na to, że w całym tym zamieszaniu ważne jest spojrzenie, życzliwy uśmiech, krótkie przywitanie i ozdabiające finał zakupów pożegnanie połączone z podziękowaniem, „merci vielmal, ufwiderluege”, „dziękuję bardzo, do zobaczenia”. Centrala przystała na ten pomysł, przyciągając przy okazji zainteresowanie mediów do malutkiej wioski, gdzieś w północno-zachodniej Szwajcarii.

Maszyna szła z panią Zimmerli łeb w łeb. Skanowała bezbłędnie kolejne produkty, naliczała należne rabaty, sowicie nagradzała kupujących punktami na karcie lojalnościowej. Ale pani Zimmerli była niestrudzona, mimo, że pot lał jej się po twarzy, ręce zaczynały lekko drżeć, a lica bladnąć. Nie rezygnowała ze zwrotów grzecznościowych, subtelnej mowy ciała, nie pomyliła się nawet o milimetr przy wprowadzaniu kolejnych produktów na kasę.

Z rytmu wybił ją nagle krzyk klienta próbującego zeskanować coś na samoobsługowej maszynie. „Gopferdami” – mężczyzna trzymający za rękę płaczące dziecko zaklnął w dialekcie. Dziecko trzymało w rękach semmeli, bułeczkę. Była to bułeczka okolicznościowa, wypiekana z okazji święta narodowego Szwajcarii, na pamiątkę pierwszego przymierza trzech kantonów, który dał początek Helwecji. Dziecko zalewało się łzami, a bezradna maszyna wyrzucała co rusz czerwone ekrany błędów „produkt nierozpoznany”.

Pani Zimmerli podniosła się znad kasy. „Chodź tu do mnie dziecko” – powiedziała łagodnym głosem, a chłopczyk podszedł i podał jej do ręki bułeczkę. Ona usiadła na swoim krześle, przymknęła oczy, przeniosła się na polanę Ruetli, gdzie dopełniał się sojusz między kantonami Schwyz, Uri i Unterwalden. Uniosła rękę w teatralnym geście zawieszając ją na chwilę w powietrzu, potem opuściła ją i z pamięci wbiła w klawiaturę kod kreskowy produktu: 12910801. Bułeczka pojawiłą się na ekranie jej kasy, a ona uśmiechnęła się i upadła na ziemię. Po drugiej stronie maszyna zaczęła trzeszczeć i rzęźić, by w końcu wydać z siebie agonalny syk, a wszystkie jej diody i ekran nagle pochłonęła ciemność.

I gdy tak leżała na podłodze, czekając na karetkę, trzymana za ręce przez koleżanki ze sklepu, myślała tylko o jednym. Jutro nie musi być tak bardzo przerażające, w obliczu tego, jak piękne potrafi być dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.